Tu nas pobili, tutaj też nas pobili

Długo zastanawiałem się, którym kadrem powinienem zajawić Wam komiks Jacka Świdzińskiego „Powstanie. Film narodowy”. Bo takich, które by się na zajawkę nadawały, są dziesiątki. Wszak Świdziński – i jako rysownik, i jako scenarzysta – jest mistrzem syntezy.

Kilkoma wypowiedziami złotoustego Producenta potrafi streścić polskie podejście do finansowania kultury („film narodowy (…) to taki film, żeby każdy, zanim do nas przyjedzie, trzy razy się zastanowił”, „sztuka to zbyt poważna sprawa, żeby zajmowali się nią artyści”). Dokładnie siedmioma minimalistycznymi planszami podsumowuje 30 lat polskiej polityki historycznej: „tutaj nas pobili”, „ten samolot zrzucał na nas bomby”, „tutaj też nas pobili”.

„Powstanie. Film narodowy” to komedia farsowa opowiadająca o procesie powstawania polskiej superprodukcji. Narodowej epopei o powstaniu kościuszkowskim, która – jak mówi wspomniany Producent – „ma się nie mieścić w głowach”. Nie jest to jednak, jak mogłoby się wydawać, łatwy diss na Polskę ostatnich dwóch lat, bo obawiam się, że „Powstanie” mogłoby być tak samo aktualne i za AWS-u. Wszak karteczkę „Poszukujemy osób bez kończyn do filmu ‘Ogniem i mieczem’” mógłby wymyślić Świdziński gdyby nie to, że ktoś ją rzeczywiście wymyślił i wywiesił na drzwiach pod koniec lat 90.

Polska u Świdzińskiego to miejsce, w którym w cudowny sposób przenikają się postacie Tadeusza Kościuszki, Jana Kulczyka i Mela Gibsona. W którym nikt niczego nie kontroluje, a nawet jeśli kontroluje, to toksycznie i destrukcyjnie. W którym obowiązki są po to jedynie, by zrzucić je na kogoś innego. A jakiekolwiek pretensje czy obiekcje zbywa się emocjonalnym szantażem i Wielkimi Słowami.

Plan filmowy u Świdzińskiego to pole bitwy nie mniejsze niż te z obrazów Matejki czy Chełmońskiego. Bitewny chaos towarzyszy nam bez przerwy aż do epilogu, bo koncepcje dotyczące finansowania, promocji czy scenariusza superprodukcji zmieniają się co kilka stron. Na produkcyjnej drodze krzyżowej zaliczamy kolejne przystanki: crowdfunding, promowanie memami, parówkowy product placement i wreszcie franczyzowe kinowe uniwersum.

Jednak ofiarami tego koszmaru są co najwyżej stażysta, który ciężar filmu (czasem dosłownie) dźwiga na plecach i reżyserka, u której nerwica przeradza się w zobojętnienie. Tym bardziej cierpisz, im bliżej jądra ciemności się znajdujesz. Dla białych kołnierzyków przyglądających się bitewnemu pyłowi z okien ministerstw, wieżowców i samolotów, przedłużający się proces produkcji to trochę szansa, trochę atrakcja. „Chaos to nie przepaść, chaos to drabina” – jak powiedział serialowy Littlefinger z „Gry o tron”.

„Powstanie. Film narodowy” to bez wątpienia polski komiks roku. Powinni po niego sięgnąć fani Mrożka i Barei, fani polskiego kina, miłośnicy publicystycznej satyry. Trochę mi się marzy, że Świdziński sprzeda z milion egzemplarzy, bo wtedy pewnie ktoś z ministerstwa zainteresuje się ekranizacją.

Jakąś dziwną radością napawają mnie sadystyczne myśli o Jacku chodzącym na spotkania z producentami.

Dodaj komentarz