Spłaszczanie Vincenta

Nie mam zaufania do filmów, które na wstępie chwalą się nakładem pracy, jaki w nie włożono. Tak jest w przypadku „Twojego Vincenta” – pełnometrażowej animacji stworzonej nowatorską techniką polegającą na namalowaniu na płótnie każdej klatki filmu.

Już plansza tytułowa informuje widza, że nad filmem pracowało ponad 100 malarzy. A ja, jako widz, pytam: i co z tego?

Oglądam film fabularny – czy po wyjściu z kina mam oceniać proces twórczy? Czy wybór niezwykle kosztownej i pracochłonnej techniki ma wzbudzić mój podziw i powinien stanowić podstawę dla mojej oceny? W takim wysuwaniu na pierwszy plan niesamowitych kulis powstania dostrzegam znamiona szantażu: „patrz, widzu, jak żeśmy się dla ciebie namęczyli! I co? Masz czelność krytykować? A co ty, cebulaku, osiągnąłeś w życiu?”.

Douglas Booth w „Twoim Vincencie”, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman

Okej – skłamałbym, gdybym powiedział, że nie podziwiam twórców „Twojego Vincenta”. Projekt od samego początku był niezwykle ambitny. Ale film ma swoją premierę trochę ponad rok po premierze Prismy – prostej mobilnej aplikacji, która nawet dickpiki i nudesy potrafi przekonująco wystylizować na obrazy wykonane najróżniejszymi technikami.

Nie sugeruję, oczywiście, że twórcy „Twojego Vincenta” zmarnowali czas, bo mogli przepuścić swój film przez Prismę xD Jednak ta prosta aplikacja udowadnia, że na pewno dałoby się napisać zaawansowany soft, który byłby w stanie tych stu malarzy wyręczyć w kilka miesięcy. Reżyserzy filmu twierdzą co prawda, że taki hołd dla Van Gogha wymagał prawdziwej ludzkiej ręki, jednak czy na pewno? Pozwolę sobie zacytować Michała Radomiła Wiśniewskiego: „wiadomo, że ludzkie lepsze, bo te wszystkie drobne odchylenia, pomyłki, niedoskonałości; ale i maszyny mają swoje niedoskonałości i kiedyś pewnie nauczą się popełniać błędy na sposób ludzki, a nie maszynowy, żeby nas nie zawstydzać i nieco udobruchać, tak jak teraz dają nam wygrywać w gry”.

Jerome Flynn i Douglas Booth w „Twoim Vincencie”, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman

Zastanówmy się, co by było, gdyby film powstał w komputerze, a nie na płótnie? Czy „Twój Vincent” namalowany tabletem w Corelu czy Photoshopie byłby słabszy? Robiłby mniejsze wrażenie? A może wizualnie różnica byłaby niezauważalna, ale film ciężej byłoby obudować marketingowo jako prekursorski?

Zresztą nawet technika wykonania wzbudza pewne wątpliwości. „Twój Vincent” nie jest bowiem malowany od podstaw – to animacja rotoskopowa. Farby nałożone więc zostały na uprzednio nakręconych aktorów chodzących po green screenie. A obrazy Van Gogha z reguły służą twórcom jako tła dla postaci.

Z lewej Eleanor Tomlinson na planie filmu „Twój Vincent”, w środku obraz Vincenta van Gogha „Portret Adeline Ravoux”, po prawej gotowy kadr z „Twojego Vincenta”

Wizualnie trzeba więc było iść na kompromis. Niewiele w „Twoim Vincencie” zostało ze znanej z obrazów Van Gogha zniekształconej perspektywy, która doskonale działa w bezruchu, a zanimowana rotoskopowo jest dużo mniej intrygująca. Choćby dlatego, że ci wszyscy żywi aktorzy poruszali się po niezaburzonych przestrzeniach. „Twój Vincent” paradoksalnie spłaszcza część dzieł Van Gogha, nadając im głębi.

W trakcie oglądania miałem też poczucie, że aktorzy zostali wyreżyserowani niezwykle drętwo, a twórcy zbyt rzadko bawią się montażem i zdjęciami. Przecież te wszystkie linie i drobne plamy, którymi Van Gogh zapełniał płótna, aż prosiły się o mniej standardowe przejścia pomiędzy ujęciami. Cięcia montażowe w „Twoim Vincencie” są jednak klasyczne i nudne – z reguły przechodzą pomiędzy szerokim planem i zbliżeniem na twarz. Realizacyjna sztywność sprawia, że film zbyt często wygląda jak przygodówka point-and-click z obrazami Van Gogha w tle. Brakowało mi tylko opcji dialogowych.

No właśnie. Dialogi. Są fatalne. Podobnie jak sam scenariusz. Tego aspektu nie przykryłoby i dwustu malarzy.

Eleanor Tomlinson w „Twoim Vincencie”, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman

W filmie śledzimy śledztwo w sprawie („rzekomo”) samobójczej śmierci Van Gogha. Główny bohater chodzi od osoby do osoby i za każdym razem otrzymuje fragment historii rozpoczynający się od słów: „aaaach, Vincent, taaak, pamiętam Vincenta”. Każdy, kto mniej więcej kojarzy historię holenderskiego malarza domyśla się pewnie, że po rozwiązaniu „zagadki” przewróci oczami. Intryga ma fatalne tempo, dialogi bywają szalenie pretensjonalne, a całość jest zwyczajnie nudna.

„Twój Vincent” wizualnie stanowi zmarnowany potencjał, a historię opowiada niezwykle nudną. I choć nominacja do Oscara – przynajmniej w kategorii „najlepszy film pełnometrażowy” – jest praktycznie pewna, to szans na statuetkę polsko-brytyjska animacja nie ma. A miałaby spore, gdyby twórcy zdecydowali się na krótki metraż.

Dodaj komentarz