Najlepsze filmy 2017 roku – część II (miejsca od 10. do 1.)

Czas na drugą część mojego zestawienia najlepszych filmów 2017 roku. Tym razem miejsca od 10. do 1. Miłej lektury!

Pierwszą część mojego tegorocznego zestawienia możesz przeczytać tutaj.

10. Elle

Isabelle Huppert w „Elle”
Reżyseria: Paul Verhoeven
Scenariusz: David Birke (na podstawie książki Philippe’a Djiana)
Gdzie se można obejrzeć: HBO GO, CHILI Cinema

Na początku ustalmy jedno: to Isabelle Huppert powinna dostać Oscara za pierwszoplanową rolę kobiecą w 2017 roku. Francuska aktorka jest absolutnie hipnotyzująca i używa na tyle wieloznacznych środków, że widz nigdy do końca nie wie, co dzieje się wewnątrz niej. Jest spokojna  i pogodzona z losem? A może właśnie znajduje się na skraju załamania nerwowego? Chce się mścić czy nie? Fantastyczna, ciarkotwórcza robota. Statuetka dla Emmy Stone za „La La Land” była jedną z największych pomyłek zeszłorocznej oscarowej gali.

W „Elle” Paul Verhoeven wraca do wielkiej formy po prawie 20 latach, kręcąc prowokacyjny i bardzo niewygodny dla widza film. W pierwszym ujęciu widzimy kota beznamiętnie wpatrującego się w gwałt na głównej bohaterce, Michèle. Gdy jęki, krzyki i dźwięki rozbijanych naczyń ustają, kot odwraca się i odchodzi, a ofiara wstaje, sprząta bałagan i idzie się wykąpać. Bez słowa, bez choćby jednej łzy.

Michèle jest ofiarą gwałtu, ale odmawia wcielenia się w rolę ofiary gwałtu, jaką znamy z większości mainstreamowych filmów. Widz łapie się na tym, że ma wobec niej konkretne oczekiwania: jak to!? Nie płaczesz? Nie przeżywasz? Nie przepracowujesz traumy? Wreszcie: nie chcesz dokonać srogiej pomsty w zapalczywym gniewie?

A to nie koniec niespotykanych wyborów, jakie podejmuje scenariusz. Nie będę zdradzał nic więcej. W „Elle” mamy do czynienia z jedną z najciekawszych i najlepiej napisanych bohaterek kobiecych ostatnich lat. I choćby z tego powodu najnowszy film Verhoevena trzeba zobaczyć.

9. A Ghost Story

Nie powiem kto, żeby nie spoilerować „A Ghost Story”
Reżyseria i scenariusz: David Lowery
Gdzie se można obejrzeć: Film dopiero co zszedł z kin, być może da się go jeszcze złapać w jakimś studyjniaku. Data premiery DVD chyba nieznana

OK – to nie jest film dla wszystkich. I David Lowery, reżyser i scenarzysta „A Ghost Story”, ostentacyjnie komunikuje to już w pierwszej połowie filmu, kiedy każe zjeść ciasto Rooney Marze. I Rooney Mara je ciasto przez dokładnie cztery minuty i pięć sekund. Na jednym ujęciu. Bez muzyki. „Słuchajcie, jeśli to się Wam nie podoba, to macie jeszcze czas, żeby zmienić film” – zdaje się mówić do widzów Lowery.

Tego samego komfortu nie ma główny bohater „A Ghost Story”, czyli duch. On utknął w tym momencie i w tym miejscu. Nikt go nie widzi, a on nie może nic zrobić ani powiedzieć. Może tylko obserwować. I jeśli pozwolimy sobie utknąć w filmie razem z nim, obejrzymy całkiem unikatowy obraz ukazujący czas z perspektywy osoby nieżyjącej.

Najpierw więc przez cztery minuty obserwujemy konsumpcję ciasta, by chwilę później w kilka sekund przenieść się o lata do przodu. Duch nikogo nie straszy ani z nikim nie rozmawia. Duch jest zagubiony i samotny. Nawet wtedy, kiedy spotyka inne duchy.

Warto pokontemplować przemijanie razem z umarłymi. 

8. Klient

Taraneh Alidoosti i Shahab Hosseini w „Kliencie”
Reżyseria i scenariusz: Asghar Farhadi
Gdzie se można obejrzeć: VoD.pl, Cineman

„Klienta” powinni obejrzeć ci, dla których „irańskie kino” to synonim jakiejś mdłej, ciągnącej się, arthouse’owej buły o dziadku obierającym ziemniaki. Bo film Farhadiego to rasowy thriller, który robi wrażenie już w pierwszej scenie – nakręconej na jednym ujęciu ewakuacji z rozpadającego się bloku. A potem napięcie tylko gęstnieje.

Z początku wydaje się, że „Klient” będzie eksplorował temat radzenia sobie z traumą. Mamy więc Ranę, której życie wywraca się do góry nogami z powodu jednego strasznego wydarzenia. I mamy jej męża, Emada, który musi odnaleźć się w sytuacji, na którą nie da się znaleźć lekarstwa czy dobrego rozwiązania.

Emad ucieka więc w zemstę. Chce znaleźć winnego. A co zrobi, jak już go znajdzie? Sam nie wie. Ale to nieważne. Kultura, w której żyje, nauczyła go, że trzeba działać. Że trzeba znaleźć i ukarać złych ludzi. Wbrew wszystkiemu, nawet wbrew ofierze. I kiedy okazuje się, że nie o nią mu chodzi, a o siebie samego – jest już za późno. Następuje wstrząsający trzeci akt filmu, w którym każdemu dostanie się odłamkiem.

Pozycja obowiązkowa i w pełni zasłużony Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego.

7. Nazywam się Cukinia

Reżyseria: Claude Barras
Scenariusz: Claude Barras, Morgan Navarro, Céline Sciamma, Germano Zullo (na podstawie książki Gillesa Paris)
Gdzie se można obejrzeć: Obecnie legalnie chyba jedynie na DVD, a i tych trzeba się trochę naszukać. W Empikach na przykład nie ma. Fatalna dystrybucja

Jeżeli jakimś cudem uda się Wam gdzieś tak słabo dostępną produkcję, to nie zastanawiajcie się nawet przez moment. „Nazywam się Cukinia” to moim zdaniem najlepszy film animowany tego roku. A przecież był to nienajgorszy rok dla pełnometrażowej animacji – dostaliśmy choćby „Coco” i „Czerwonego żółwia”.

Kiedy w pierwszej scenie wyżej wspomnianej „Elle” oglądasz gwałt – szokuje Cię to, ale nie dziwi, bo przecież oglądasz film Verhoevena. Ale kiedy idziesz na film animowany dla dzieci i na samym początku dziecięcy bohater zabija swoją matkę – wiesz, że coś się dzieje.

Bohaterowie „Nazywam się Cukinia” to dzieci „popsute” na wiele różnych sposobów: bite, gwałcone i generalnie zniszczone emocjonalnie. Scenariusz bierze na warsztat bardzo trudne tematy i traktuje je w sposób odważnie lekki, ale nie infantylny. Przy okazji „Nazywam się Cukinia” wchodzi w dyskusję z tradycyjnym pierdoleniem, że MATKA JEST NAJWAŻNIEJSZA, CHOĆBY BYŁA NAJGORSZA. Wcale nie – mówi francusko-szwajcarska animacja – czasem lepsze życie stworzy dziecku odpowiednie rozwiązanie systemowe.

Przede wszystkim jednak „Nazywam się Cukinia to opowieść o wyrzutkach, którzy niczym nie zawinili, a i tak nikt ich nie kocha. I o tym, dlaczego czasem kluczowymi okazują się być akceptacja i cierpliwość. Nie wiem, czy wybrałbym się na niego z równolatkiem głównego bohatera. Ale na pewno powinien go obejrzeć każdy dorosły.

6. The Florida Project

Valeria Cotto i Brooklynn Prince w „The Florida Project”
Reżyseria: Sean Baker
Scenariusz: Sean Baker, Chris Bergoch
Gdzie se można obejrzeć: W kinach – zarówno w multipleksach, jak i w studyjniakach

Kiedy ogląda się filmy Katarzyny Rosłaniec – choćby zeszłoroczny „Szatan kazał tańczyć” czy „Bejbi blues” z 2012 – można odnieść wrażenie, że bohaterka skupia się na tematach społecznych jednocześnie nienawidząc swoich bohaterów. Traktując ich z wyższością, pogardą i pobłażaniem. Portretując ich jako bandę nieodpowiedzialnych idiotów, którym dzieci to trzeba w ogóle zabrać wpizdu, zanim zostawią je w jakiejś skrytce na dworcu xD

Amerykański reżyser Sean Baker ma zupełnie odwrotne podejście: on swoich bohaterów kocha i portretuje ich z czułością. Nawet kiedy coś spieprzą, jest daleki do oceniania. I nie pozwala na łatwe oceny widzowi, bo solidnie nakreśla kontekst. U Bakera społeczne niziny to pułapka bez wyjścia, w której siedzi się nie ze swojej winy.

Dodatkowo mamy tu fantastycznych kilkuletnich aktorów. Raz na jakiś czas redagująca tego bloga Olga powiedziała, że to „film, w którym przez 80 procent czasu słuchasz, jak dzieci drą ryja, a mimo to ani odrobinkę Cię to nie wkurwia”.

Przepiękna opowieść. Dopiero zaczęli grać ją w kinach – koniecznie wydzielcie sobie któregoś dnia te dwie godziny i dajcie się jej porwać.

5. Manchester by the Sea

Lucas Hedges w „Manchester by the Sea”
Reżyseria i scenariusz: Kenneth Lonergan
Gdzie se można obejrzeć: HBO GO

Początkowe problemy z dystrybucją tego filmu w polskich kinach to strasznie dziwna rzecz. Jeden z najważniejszych obrazów zeszłorocznego sezonu oscarowego można było zobaczyć jedynie na bardzo nielicznych ekranach. A przecież to wspaniała, wzruszająca i klasycznie opowiedziana historia. Nie ma tu Rooney Mary jedzącej ciasto przez cztery minuty, jest za to dramat złamanego człowieka, który z zaszklonymi oczami obejrzy i fan arthouse’u, i przeciętny widz „M jak miłość”.

Choć mamy tu do czynienia z naprawdę   p o t ę ż n y m i   dramatami, film nie bije nas nimi po głowie. Kiedy wydobywa komedię z dramatu, robi to w sposób lekki i organiczny. Bez pajacowania i dystansowania nas od tragedii, którą cały czas mamy na plecach.

W pełni zasłużony Oscar za najlepszy scenariusz oryginalny – a pamiętajmy, że rywali miał nie byle jakich, bo nominowani w tej kategorii byli m.in. „Lobster” i „Aż do piekła”.

4. Moonlight

Alex R. Hibbert w „Moonlight”
Reżyseria i scenariusz: Barry Jenkins (na podstawie sztuki Tarella Alvina McCraneya)
Gdzie se można obejrzeć: Netflix

W związku z Oscarem dla najlepszego filmu, który w zeszłym roku zgarnął „Moonlight”, najzabawniejsze były te wszystkie głosy bóldupiące na poprawność polityczną każącą Akademii rozdawać statuetki za wątki gejowskie. Co prawda historia tej nagrody nijak tak postawionej tezy nie dowodzi, ale co tam. Więcej na ten temat pisałem w tym miejscu.

Sprowadzanie „Moonlight” do „filmu o czarnym geju” byłoby dużym błędem. Bo tak naprawdę do końca nie wiemy nawet, czy główny bohater jest gejem. Wiemy natomiast, że szuka tego, czego szukamy wszyscy: poczucia przynależności, miłości, ucieczki od problemów. I możliwości bycia sobą w świecie, który stawia przed nim kolejne wymagania: czy to związane z rasą, czy z wyglądem, czy z wizerunkiem.

„Moonlight” traktuję przede wszystkim jako opowieść o straconych szansach i zmarnowanych latach, których pozbawił nas świat i których ten świat nam już nie odda. Jednak nigdy nie jest za późno, żeby odbić się z punktu, w którym nie powinniśmy się znajdować. Prawda?

3. Sieranevada

Od lewej: Valer Dellakeza, Simona Ghita, Mimi Brănescu i Bogdan Dumitrache w „Sieranevadzie”
Reżyseria i scenariusz: Cristi Puiu
Gdzie se można obejrzeć: VoD.pl, Cineman

Czo ten Puiu odjebał! Rodzinny obiad w rumuńskim bloku to jedynie pretekst do opowiedzenia nie tylko o współczesnej Rumunii, ale i o współczesnej Polsce. A być może wszyscy mieszkańcy krajów byłego bloku wschodniego odnajdą w „Sieranevadzie” siebie i swoich bliskich.

Przez prawie trzy godziny znajdujemy się w ciasnym, kilkupokojowym mieszkanku, po którym krząta się kilkunastu gości stypy. Jednak skromna scenografia nie sprawia, że i film jest skromny. Wręcz odwrotnie: cała „Sieranevada” nakręcona jest na niewielu długich ujęciach, w trakcie których postaci prezentują bezbłędną choreografię. Kamera przechodzi od pokoju do pokoju i daje nam dostęp do prywatnych rozmów, kłótni i zwierzeń. A jest czego słuchać!

Mamy tu ciotkę-komunistkę, która wciąż i wciąż powtarza, że za Ceaușescu było lepiej. Mamy religijną młodą dziewczynę, która każe się tej cioci w łeb puknąć. Mamy spóźnionego popa, na którego wszyscy czekają z coraz większą irytacją. Mamy brodatego szura, który zamęcza wszystkich zgromadzonych kolejnymi teoriami spiskowymi na temat 11 września.

„Sieranevada” to jeden z najbardziej immersyjnych filmów, jakie widziałem. Mnogość wątków, ciągły jazgot, chaos i atmosfera podenerwowania udzieliły mi się do tego stopnia, że kiedy w ostatnim akcie bohaterowie wyszli z bloku na świeże powietrze, głęboko odetchnąłem. To absurdalne, ale miałem wrażenie, że wreszcie wyszedłem z tego wariatkowa i otrzymałem odrobinę powietrza.

Nie spodziewajcie się więc łatwego seansu. Napisy końcowe będziecie oglądać zmęczeni. Ale szczęśliwi.

2. Logan: Wolverine

Hugh Jackman w „Loganie”
Reżyseria: James Mangold
Scenariusz: James Mangold, Scott Frank, Michael Green
Gdzie se można obejrzeć: CHILI Cinema

 

Wszystko tu jest na odwrót. Zamiast młodych i pięknych ludzi – mamy starych, pomarszczonych i zapijaczonych. Zamiast mocy, które dają ogromne możliwości, dostajemy kapryśne moce, które działają jak jakaś rozklekotana Skoda Octavia. A kiedy już zdarza im się „odpalić”, to sprowadzają na wszystkich kłopoty.

W miejsce dumnej i wspaniałej Ameryki dostajemy niebezpieczne pustkowie, z którego trzeba uciekać za granicę, żeby czuć się bezpieczniej. A chwalebne czyny sprzed lat są nie tylko demitologizowane i poddane w wątpliwość, ale przede wszystkim przynoszą tytułowemu bohaterowi traumę. Traumę, która nie sprowadza się do banalnych problemów ze snem, jak u Tony’ego Starka w MCU. To prawdziwe cierpienie, które stopniowo wypala bohatera. Które odbiera mu chęć do jakiegokolwiek działania.

Zmęczenie bohaterów „Logana” to tak naprawdę zmęczenie całej superbohaterskiej konwencji. Za każdym razem, kiedy film niebezpiecznie zbliża się do ogranego schematu znanego z jakiegoś letniego blockbustera, reżyser zaciąga ręczny i skręca tak mocno, jak się da.

Oczywiście, że w tym roku zobaczymy nowych „Avengersów”, „Black Panthera”, „Ant-Mana”, „Aquamana” i trzy nowe filmy z uniwersum X-Menów. Jasne, że filmy superbohaterskie będziemy oglądali jeszcze przez przynajmniej kilka lat. Ale kiedy za dwie czy trzy dekady ktoś będzie podsumowywał kino tego typu powstałe w latach 2000-2020, „Logan” może zostać potraktowany jako swoisty epilog do gatunku. Moment, w którym mocno wytarta już konwencja powoli zaczęła żegnać się z widzami. Przynajmniej na jakiś czas.

1. Śmierć Ludwika XIV

Jean-Pierre Léaud w „Śmierci Ludwika XIV”
Reżyseria: Albert Serra
Scenariusz: Albert Serra, Thierry Lounas
Gdzie se można obejrzeć: VoD.pl, Cineman

Król-Słońce umiera. A wokół niego biegają poddani: dwór, duchowni, lekarze. I tak przez dwie godziny. Jak to wyszło? Moim zdaniem absolutnie wspaniale.

Trochę się bałem tego wyboru, bo „Śmierć Ludwika XIV” to kolejny (po „A Ghost Story”) przedstawiciel nurtu slow cinema w moim top 10. Ale nic nie poradzę, że jestem pod naprawdę olbrzymim wrażeniem filmu Serry.

Podziwiam przede wszystkim formalną odwagę reżysera. Facet rezygnuje z tego wszystkiego, czym gra absolutna większość filmów kostiumowych. Zamiast wspaniałych pałacowych przestrzeni – przez prawie cały film obserwujemy tylko jedno niewielkie pomieszczenie z królewskim łożem na środku. Muzyki nie ma tu prawie wcale. Montaż jest niespieszny, a dworskie kostiumy giną w cieniach i czerniach.

Mało tego: scenariusz rezygnuje z pałacowych intryg i polityki. „Śmierć Ludwika XIV” skupia się na umieraniu i nie mówi, jakie konsekwencje dla państwa będzie miała śmierć króla. Pod tą groteskową peruką widzimy więc ciężko chorego starca. Człowieka, który w ostatnich chwilach jest zawieszony pomiędzy życiem i śmiercią, pomiędzy zmęczeniem i dworskimi konwenansami. Który pomimo uwięzienia w ciele, które stopniowo coraz bardziej „wysiada”, cały czas stara się zachować odrobinę godności. Już nawet nie królewskiej, ale ludzkiej.

„Śmierć Ludwika XIV” to absolutnie unikatowe doświadczenie i jeden z najoryginalniejszych filmów historycznych ostatnich dekad.

 

I to by było na tyle. Mam szczerą nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do obejrzenia któregoś z wymienionych filmów, jeśli któregoś z nich nie widzieliście. Mam też nadzieję, że będziecie chcieli ze mną o nich podyskutować – czy to tu w komentarzach, czy na fanpage’u Licznych ran kłutych.

Byłoby miło pięknie się zgodzić lub nie zgodzić, więc zapraszam do dyskusji!

Dodaj komentarz