Disney zrobił film o innej kulturze i nikogo nie obraził!

Jutro na ekrany kin wchodzi piksarowsko-disnejowski „Coco”. I naprawdę polecam się na niego wybrać. 

Przede wszystkim dlatego, że to bardzo pięknie opowiedziana, klasyczna historia. Konserwatywna i w formie, i w wymowie, choć zarazem poruszająca kilka zagadnień, za które Disney nigdy się nie brał.

Za „Coco” nie stoi tak potężny i oryginalny koncept jak za „Odlotem”, „Wall-Em” czy „W głowie się nie mieści”. Ale kiedy na stołku reżysera ma się Lee Unkricha – szalenie utalentowanego autora obu sequeli „Toy Story” i „Gdzie jest Nemo – to nie trzeba się zasłaniać ekscentrycznym światem przedstawionym. Ten facet jest nieprawdopodobnym storytellerem. Kto wie, czy nie najbardziej utalentowanym reżyserem w Pixarze.

Nie bierzcie chusteczek. Weźcie jebaną rolę papierowych ręczników, tak się kurwa rozkleicie pod koniec.

Ale „Coco” warto też obejrzeć z innego powodu: żeby docenić to, że Disneyowi w filmie na temat innego kręgu kulturowego udało się nikogo nie obrazić 😀 Co prawda w ostatnich latach udaje się to częściej (vide: „Vaiana”), ale w latach 90. nie było to takie oczywiste.

Dla przykładu polecam poszukać w internecie wypowiedzi Chińczyków na temat „Mulan”. Ich ból dupy jest całkowicie uzasadniony, bo Disney poruszał się po ich legendzie jak słoń po hurtowni z ceramiką. Ich kulturę zmieszano z kulturą Japonii, co jest potężnym fakapem. Nie rozumiano części żartów, w tym smoka Mushu, animowanego pod dubbingującego go Eddy’ego Murphy’ego. Żarty i flow wyciągnięte z afroamerykańskich najntisowych komedii niezbyt dobrze współpracowały z chińską legendą.

Albo taki „Herkules” z 1997. Twórcy obeszli się z antycznymi mitami tak subtelnie, że… grecki rząd w 1997 roku zablokował uroczystą premierę filmu w okolicach ateńskiego akropolu.

O „Pocahontas” nawet nie wspominam xD

Tymczasem przed stworzeniem „Coco” ekipa twórców zrobiła sobie niezły research. Zorganizowali na przykład kilkutygodniową wycieczkę po Meksyku. Szacunek do kultury południowego sąsiada USA zaowocował scenariuszem, którym wręcz zachwycają się meksykańskie media. „Doceniamy to, że film w tak piękny sposób opowiada o jednej z naszych najpiękniejszych tradycji” – napisał Gonzalo Lira Galvan z „Cinema Movil”. Luis Fernando Galvan z „En Film” (zbieżność nazwisk przypadkowa?) dodaje, że twórcy rozumieją kulturę, o której opowiadają i podchodzą do niej z dużym szacunkiem.

Sam Lee Unkrich nazywa swój film „listem miłosnym do Meksyku”.

Jeśli więc macie w rodzinie jakieś dzieciaki, to koniecznie zabierzcie je do kina! Przy okazji świetnego filmu dowiedzą się, jak wygląda meksykański Dzień Zmarłych.

Dodaj komentarz