Czy wątki LGBT pomagają dostać Oscara?

Więc filmoznawcy z Twittera, Filmwebu, Onetu i paru innych miejsc prześcigają się w domniemaniach, jakoby „Moonlight” dostało Oscara za najlepszy film tylko dlatego, że „opowiada o hehe czarnych gejach”.

Kochani spece od kina, mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę z tego, że film z wątkiem LGBT na pierwszym planie ostatni raz dostał głównego Oscara prawie pół wieku temu? Mówię tu o „Nocnym kowboju” z 1969 roku.

Nawet w 2006, kiedy absolutnym faworytem do głównej nagrody była „Tajemnica Brokeback Mountain”, Akademia wybrała zapomniane dziś „Miasto gniewu”.

Heath Ledger i Jake Gyllenhaal w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, reż. Ang Lee

Przeglądając nominacje z kolejnych lat można wręcz odnieść wrażenie, że wątki homo- i transseksualne mogą obrazom szkodzić. Filmy takie, jak „Filadelfia”, „Debiutanci”, „Carol”, „Nie czas na łzy” czy „Transamerica” – docenione przez widzów i krytyków – otrzymywały niekiedy po kilka statuetek, ale nigdy tej za „najlepszy film”. Co więcej: żadnemu z powyższych obrazów Akademia nie dała nawet nominacji do głównej nagrody!

Tak, „Piękny umysł” dostał głównego Oscara w 2002 roku. Ale z jego scenariusza całkiem wycięto wątki biseksualne.

Russell Crowe w „Pięknym umyśle”, reż. Ron Howard

Hollywood jest dużo bardziej konserwatywne i zachowawcze, niż mogłoby się wydawać paranoikom wieszczącym kres obyczajów i cywilizacji. Tym bardziej cieszę się z Oscara za najlepszy film dla „Moonlight”.

Ta nagroda zachęci do sięgnięcia po niego wszystkich tych, którym do tej pory z kinem LGBT było nie po drodze.

Dodaj komentarz