Co się wydarzyło przy Planty 7/9

Byłem w kinie i dokładnie 1/4 sali się popłakała. 

Na sali było osiem osób i ryczeć zaczęły dokładnie dwie.

Film nazywał się „Przy Planty 7/9”.

„Przy Planty 7/9” to dokument opowiadający o pogromie kieleckim. A ściślej: o Bogdanie Białku, który lata temu przyjął rolę mediatora pomiędzy Polakami i Żydami.

Tym pierwszym tłumaczy, że w obliczu trudnej historii umywanie rąk lub zwalanie winy nie jest rozwiązaniem.

Tym drugim: że przecież cały świat lat 30. i 40. był zgniły, nie tylko Polska. A tysiące Polaków odznaczonych przez Yad Vashem to nie przypadek.

„Przy Planty 7/9” to nie wściekły akt oskarżenia, a obraz bardzo ostrożnie poruszający się po historii (choć wrażliwszych widzów ostrzegam przed czarno-białymi zdjęciami ofiar pogromu). Sam Białek mówi, że nie wie, jak zachowałby się, gdyby znalazł się w Kielcach 4 lipca 1946 roku.

W życiorysie jednej z bohaterek filmu, Miriam Guterman-Machtyngier – do niedawna jedynej żyjącej ocalonej z pogromu – skupia się różnorodność drugowojennych i PRL-owskich postaw Polaków. Miriam z jednej strony przetrwała okupację dzięki mieszkańcom podkieleckiej wsi. Z drugiej strony: inni Polacy trochę później o mało jej nie zamordowali. A w czasie pogromu pomógł jej dozorca. Polak.

W tym samym czasie, kiedy Miriam otrzymywała pomoc od ludzi z polskiej wsi, polscy chłopi zamordowali jej brata. Z powodu pochodzenia.

To wszystko nie jest łatwe. O historii musimy rozmawiać. Ciężko mi sobie wyobrazić lepszy start do dyskusji, niż „Przy Planty 7/9”.

Na film warto się wybrać tym bardziej, że dokument grają nie tylko w studyjniakach, ale też w sieci Cinema City. Idźcie i zróbcie frekwencję większą, niż 8 osób.

Dodaj komentarz