Bezspoilerowe pierwsze wrażenia na temat „Ostatniego Jedi”

Ja się może na wstępie wytłumaczę: czytacie opinię typa, który odrzuca prawie wszystko, co dała nam trylogia prequeli i który kocha „Imperium”. Typa, któremu podobało się „Przebudzenie Mocy” jako samoświadomy, miękki reboot, a który ziewał na „Łachudrze Jeden”, uznając ten film za nudną historię o bandzie nudziarzy z nudnego świata wykonujących nudną misję z rezultatem znanym od 40 lat.

To tak tytułem wstępu. Do rzeczy.

Czy „Ostatni Jedi” to dobry film?

Tak.

Czy „Ostatni Jedi” to najlepszy film sagi?

Nie, moim zdaniem były cztery lepsze.

Czy „Ostatni Jedi” to najlepszy film od czasu „Imperium”, jak wynika z pierwszych twitterowych reakcji?

Nie. Uważam, że „Powrót Jedi” i „Przebudzenie Mocy” były lepsze.

Wiem też natomiast, że twarda fanbaza dotarła do spoilerów i już bóldupią, że „Ostatni Jedi” to najgorsza rzecz, jaka przydarzyła się ludzkości, od czasu XIV-wiecznej epidemii dżumy. Nie wierzcie im, bo ból dupy do ciemnej strony Mocy prowadzi.

Świeżo po seansie wydaje mi się, że „Ostatni Jedi” to film dość… ekscentryczny strukturalnie. To najdłuższa część sagi, choć też bez przesady – od „Przebudzenia Mocy” jest jedynie kwadrans dłuższy. Wielu widzom może się jednak wydawać, że ciągnie się w nieskończoność ze względu na to, że mamy tu kilka kulminacji, a wizualia sugerują, że film zakończy się dużo wcześniej, niż rzeczywiście się kończy.

Podoba mi się to, że film rozszerza Odległą Galaktykę i koncepcję Mocy. Pokazuje trochę nowych ras (porgi są super! <3), choć jeśli chodzi o lokacje – film jest, jak na „Gwiezdne Wojny”, wyjątkowo skromny. I w jednej ze scen, niestety, wizualnie niebezpiecznie zbliża się do trylogii prequeli.

No i BARDZO podoba mi się, jak „Ostatni Jedi” pogrywa z oczekiwaniami fanów względem pytań, z którymi zostawiło ich „Przebudzenie Mocy”. I nic więcej na ten temat nie napiszę, żeby przypadkiem niczego nie zdradzić 🙂

Czy „Ostatni Jedi” wzbudził we mnie emocje? O dziwo tak. Po pierwsze: otwarcie filmu jest FANTASTYCZNE i w kilka minut mówi nam więcej o koszmarze wojny, niż cały „Okrutnik Jeden”. A w trzecim akcie był taki jeden moment, w którym autentycznie nie wiedziałem, co się za chwilę wydarzy. Scenariuszowi Riana Johnsona dobrze wychodzi mylenie tropów i wodzenie widza za nos.

Co mi się nie podobało? Umiejscowienie głównej intrygi. Jest mało dynamiczne i – jak na opowieść awanturniczą przecież – mało eskcytujące. Czasami bliżej mu do „Star Treka” czy „Battlestar Galaktiki”, niż do tego, co znamy z „Gwiezdnych wojen”.

Nie podobało mi się też to, że momentami czas działa tak, jak akurat chciałby tego scenarzysta. A postacie mogłyby się na siebie mniej wydzierać, a więcej rozmawiać. Zwłaszcza ten ostatni zarzut jest istotny i od ręki mógłby rozwiązać kilka filmowych konfliktów.

No i jest w filmie scena, która jest tak zła, że stanie się legendarna. Po latach będziemy ją wspominali jako jeden z najgorszych momentów trylogii. Kiedy ten moment nadejdzie, będziecie wiedzieli, o co chodzi.

Czy film – jako środkowa część trylogii – wytrzymuje porównanie z „Imperium Kontratakuje”? Absolutnie nie, ale też odnoszę wrażenie, że nie zależy mu na tym. Mimo że scenariusz powtarza pewne tropy i motywy (co widać już w zwiastunach), stara się iść swoją własną drogą i wytyczać nowe ścieżki dla uniwersum.

A w ogóle to Bruce Wayne jest Batmanem.

Dodaj komentarz