11 spoilerowych przemyśleń na temat „Ostatniego Jedi”

No i dobra, jestem po dwóch seansach „Ostatniego Jedi”. I mam kilka spoilerowych spostrzeżeń dotyczących filmu. Zwracam uwagę na słowo: spoilerowych. Nie mówcie, że nie ostrzegałem.

1. Proteza Lei

Wiele osób narzeka, że grany przez del Toro DJ to zbędna postać. Inni twierdzą, że Rose jest niepotrzebna. A ja uważam, że zbędna jest admirał Holdo. Bo kim ona jest?

Holdo to bohaterka, która zastępuje Leię po jej niepotrzebnym zniknięciu. Która ma dokładnie takie same poglądy i zachowuje się podobnie do Lei. Czyli de facto jest to druga Leia, która umiera po godzinie czasu ekranowego.

Gdyby film nie wpakował na kilkadziesiąt minut Lei do łóżka, nic by się nie stało intrydze. Poe Dameron mógłby wejść w konflikt z Organą – takie rozwiązanie miałoby same plusy, Fisher dostałaby coś dramatycznego do zagrania, moglibyśmy w godniejszy sposób pożegnać Leię. Nie było żadnego powodu, by eliminować księżniczkę na cały drugi akt!

Mój kolega argumentował, że nie chcieli konfliktować Damerona z Leią, bo zarówno on, jak i widz ją idealizują. I sala mogłaby z automatu stanąć po jej stronie. Ja uważam, że dobry scenarzysta jest w stanie napisać konflikt pozytywnych postaci w taki sposób, że nawet, jeśli skłaniasz się ku jednej ze stron, to rozumiesz racje drugiej. Patrz: “Captain America: Civil War”.

2. Odcienie szarości

Cała ta eskapada do galaktycznej wersji Monako była paskudnie napisana, a ucieczka na kosmicznych konio-kangurach wyglądała niemal jak wyciągnięta z “Ataku klonów”. Ale ten wątek dał nam całkiem interesującą postać, czyli wspomnianego DJ-a.

To trochę taki Han Solo z Mos Eisley z choreografią Pijanego Mistrza. Jego występ jest zresztą zbliżony do arcu Lando z “Imperium kontratakuje” – z tą tylko różnicą, że jak już facet zdradza, to na całego. Nie wraca odkupić swoich win, tylko po prostu wsiada na nowy statek i ucieka.

Pewnie czeka nas powtórne spotkanie z Benicio, chociaż mam nadzieję, że Abrams nie spłaszczy jego wątku do “powrócił skruszony i pomógł herosom”. Bo jego motywacja jest bardzo zrozumiała, przejrzysta i – jak na “Gwiezdne wojny” – zaskakująco sensowna. Konstatacja, że nie tylko Najwyższy Porządek zaopatruje się w broń u tych bogatych gnojków, a druga strona konfliktu jest tak samo umoczona, nieoczekiwanie nadaje temu uniwersum sporo odcieni szarości.

3. Podobało mi się, jak polski tłumacz kazał usiąść Rey po turecku

Mam nadzieję, że w IX epizodzie odwiedzimy tę słynną planetę Turcję.

4. Who’s your daddy

Rozwiązanie wątku rodziców Rey i korespondujący z nim epilog to FANTASTYCZNY pomysł!

Po pierwsze: słusznie przekłuwa balonik oczekiwań, by Rey była – jak wszyscy w sadze – spokrewniona z Kimś Ważnym. Ograniczanie Mocy do rodu Skywalkerów jest zrozumiałe z punktu widzenia klasycznej trylogii, ale jeśli chcemy rozszerzać ten świat, musimy pójść dalej. Szukać gdzie indziej. Bo wszechświat “Gwiezdnych wojen” jest niby taki gigantyczny, a my wciąż i wciąż śledzimy losy trzech osób na krzyż i ich potomków.

Po drugie: sama końcówka zasugerowała rozszerzenie Mocy na jakieś randomy z kosmicznego odpowiednika Polski B. Wspaniale! Moc dla proletariatu! Moc prawem, nie towarem! Nie zamykajmy Mocy w grubych ścianach skostniałych akademii i uniwersytetów!

5. Warto rozmawiać

Czasem “Ostatni Jedi” pisany jest naprawdę leniwie. Przypatrzmy się jednemu z dwóch głównych wątków filmu, czyli ucieczce malutkiego stateczku z Leią przed tym wielkim jebadłem Snoke’a. Z początku ten pomysł mi się podobał, skojarzył mi się z “Battlestarem Galacticą”. Wiecie, ten apokaliptyczny klimat: “jesteśmy sami na tym statku i otaczają nas wrogowie, kiedyś się kurwa obudzimy martwi w przestrzeni kosmicznej”.

Po jakimś czasie okazuje się jednak, że czas działa w tym scenariuszu tak, jak chce tego scenariusz. W którymś momencie dowiadujemy się, że do końca paliwa zostało 6 godzin. Tak naprawdę film mógłby podać nam jakąkolwiek inną wartość, choćby i 10 minut, i byłoby to tak samo ważne. Jakikolwiek suspens znika, bo wiadomo, że wszyscy ze wszystkim zdążą w ostatniej chwili.

Wiele problemów i konfliktów pomiędzy bohaterami zniknęłoby, gdyby ludzie ze sobą rozmawiali. Czemu Holdo po prostu nie podzieliła się z załogą swoim planem? Tylko dlatego że Johnson chciał, żeby Poe mógł zrobić pokładową inbę.

Czemu Luke nie powiedział Lei wprost: “plan jest taki, ja odwrócę ich uwagę, a wy spierdalajcie”? Tylko po to, żeby nie zdradzać za wcześnie plot twistu z projekcją Mocy.

6. Sami gówniarze

Zwróćcie uwagę, jak w zasadzie bezlitośnie dwa filmy z nowej trylogii wyczyściły pole bitwy, pozbywając się praktycznie wszystkich gwiezdnowojennych emerytów. Luke nie żyje. Han nie żyje. Snoke nie żyje. W trakcie zdjęć twórcy myśleli pewnie, że Leia powróci i umrze w ostatnim epizodzie, ale… no cóż, Leia już nie powróci. Nawet epizodystów wybito – vide: admirał Ackbar.

Ze starego składu zostały nam jedynie dwa droidy i Chewie, ale ich rola jest już tak marginalna, że w “Ostatnim Jedi” mogłoby ich w ogóle nie być. Tym samym fabuła kolejnej części dotyczyć będzie praktycznie jedynie młodziaków. Bardzo mi się podoba, że twórcy poszli za sugestią Kylo Rena: zostawmy przeszłość za sobą.

7. Mapet kontratakuje

Oczywiście niektóre dziadki mogą pojawić się jeszcze jako duchy. Co mi przypomina, że jedną z dwóch moich ulubionych scen “Ostatniego Jedi” jest ta z Yodą. Magia! Jeden z najbardziej wypełnionych Mocą momentów całej sagi.

Dwaj potężni Mistrzowie Jedi na świętej ziemi patrzący na płonące święte artefakty sprzed tysięcy lat. Lore aż wylewa się z ekranu. No i ten wspaniały Yoda! Stara, dobra kukiełka, odklejony dziadzio, który napieprza Luke’a kijaszkiem po łbie.

A nie ten nudziarz z prequeli.

8. Porgi są spoko.

9. Momenty były (złe)

Są w tym filmie dwie bardzo złe sceny. Tak złe, że ja w zasadzie nie wiem, co się wydarzyło. Johnson miał jakieś zaćmienie i stracił rozum i godnośc człowieka.

Pierwsza to słynna już latająca Leia. Okropne wizualnie i bezsensowne w obliczu tego, czego dowiedzieliśmy się z “Powrotu Jedi”. Najpierw seria informuje nas, że Leia nie chce korzystać z Mocy (co jest jednym wielkim bulszitem), a dwa filmy później: że w sumie jest zaawansowana w Mocy. Chociaż nic tego nie zapowiedziało.

Drugą sceną jest uratowanie Finna przed wpadnięciem do mini Gwiazdy Śmierci. Nie ma to sensu ani dramatycznego, ani scenariuszowego. I prowadzi do najgorszego kawałka dialogu w filmie: że wojny nie wygramy zabijając wrogów, tylko ratując przyjaciół. Cóż, Sun Tzu to to nie jest.

10. Rey powinna dołączyć do Kylo

Po śmierci Snoke’a Rey powinna podać rękę Benowi.

Po pierwsze: tworzyłoby to dużo bardziej interesującą sytuację polityczną przed IX epizodem.

Po drugie: Rey jest absolutnie zbędna po ucieczce ze statku Snoke’a. To znaczy: pojawia się dwa razy jako deus ex machina, strzela do jakichś statków, przenosi jakieś kamienie, ale gdyby zabrakło jej pod koniec, nikt by nie zauważył. A teraz możemy być pewni, że IX epizod będzie dążył do ostatecznego starcia Kylo z Rey.

11. Struktura trzeciego aktu jest naprawdę dziwna

I to nie dziwna jak na Star Warsy, ale dziwna w ogóle jak na blockbustera. Ten film z jakiegoś powodu czterokrotnie zwiastuje napisy końcowe… które nie nadchodzą. Rozłóżmy to na czynniki pierwsze.

Najpierw – 50 minut przed końcem filmu – dostajemy scenę „tronową”, która zwiastuje wielką kulminację z uwagi na to, że spotkanie Luke’a z Imperatorem w podobnych okolicznościach zakończyło całą klasyczną trylogię. Co prawda wspomniany moment w „Powrocie Jedi” też pojawia się ok. 50 minut przed końcem, ale za to kończy się pół godziny później, tuż przed napisami końcowymi. A Snoke ginie po 10 minutach. I zostaje nam jeszcze 40 minut filmu.

Moment spotkania Rey ze Snokiem wydaje się być jedną z ostatnich scen też dlatego, że jeden z równoległych wątków symuluje happy end. Rebelianckie śmiecie rozkminiły już, w jaki sposób uciec Najwyższemu Porządkowi, ewakuacja powoli sunie sobie ku rebelianckiej bazie, napięcie opada… A tu plot twist! Statek Snoke’a zaczyna napierdalać w stateczek z Leią i Poem!

Ucieczka się udaje i docieramy do rebelianckiej bazy. Nasi bohaterowie są szczęśliwie zjednoczeni, Leia w pięknym kadrze stoi przy wrotach fortecy. To totalnie wygląda na jeden z ostatnich obrazków w filmie. „Ciekawy pomysł” – pomyślałem podczas pierwszego seansu – „czyli kolejny epizod rozpocznie się w momencie, w którym rebelianci w rozpaczliwej sytuacji kryją się w jakiejś jaskini, a przeciwnik będzie ją oblegał”. A gdzie tam! Nasi bohaterowie zaczynają szykować się do bitwy.

OK – jakiś czas później jest po bitwie. Ruch oporu pogodził się z klęską, Leia smutno patrzy w podłogę. „Wow!” – pomyślałem. – „A więc Johnson napisał finał mroczniejszy, niż ten z epizodu V!?”. Nope. Wchodzi Luke.

To jest przedziwny ruch. Ostatni raz takie wodzenie za nos w mainstreamowym kinie pamiętam z amerykańskiego „Kręgu” – choć tam scenariusz symuluje koniec tylko raz. A jeśli czterokrotnie nastawiasz widza na koniec – rzeczywiście może go trochę gnieść tyłek.

A przecież „Ostatni Jedi” nie jakoś BARDZO długi! Trwa np. tyle, co „Captain America: Civil War” i wiele innych współczesnych blockbusterów! Dziwna decyzja, panie Johnson.

I to by było na tyle. Moją recenzję „Ostatniego Jedi” znajdziecie na Popmodernie.

Dodaj komentarz